Budapeszt – miałyśmy sporo szczęścia

0 Flares Facebook 0 0 Flares ×

Taaaak ! Znów przepiękny Budapeszt <3

Hej przygodo !

Jak mówiłam Wam wcześniej, bilety wygrałyśmy z mamą w konkursie na Pasażera Tygodnia. Czas szybko zleciał, a my jak zawsze pakowałyśmy się na ostatnią chwilę. Zrobiłyśmy zakupy, spakowałyśmy plecaki i ruszyłyśmy w drogę ! Na szczęście w Toruniu wsiada mało osób, także zajęłyśmy swoje ulubione miejsca przy stoliku. Grałyśmy w karty, jadłyśmy paluszki i.. stałyśmy w dwóch korkach na autostradzie (przed Łodzią i Katowicami). Dla nas to szczęście, gdyż miałyśmy przesiadkę w Krakowie. Na kolejny autobus byśmy czekały 50 minut podczas ogromnej ulewy. Na nasze szczęście, drugi Polskibus podjechał dosłownie chwilę później i oczywiście znów trafiłyśmy na ulubione miejsca. Rozłożyłyśmy nogi, przykryłyśmy się kocem i obudziłyśmy się dopiero w Budapeszcie.

Zaczynamy !

W stolicy byłyśmy chwilę przed 6:00. Na szczęście, mimo burzy z deszczem na każdej stronie internetowej z pogodą, zaczynało wychodzić słońce! Praktycznie od południa zwiedzałyśmy z kurtkami w plecakach. Zaraz po wyjściu z autobusu udałyśmy się na dworzec, żeby kupić bilety na metro. Znajdziecie je w fioletowych automatach zaraz po wejściu, przyjmuje on monety, banknoty oraz karty płatnicze, a w menu znajdziecie około 7 języków. Bilet jednorazowy, uprawniający do korzystania z metra przez 90 minut, kosztuje 350 HUF (100 HUF = 1,50 zł), natomiast 24-godzinny 1650 HUF. Przy zakupie biletu dobowego macie możliwość wpisania godziny od której chcecie zacząć jeździć metrem, nie musi to być aktualna. Z przystanku Kelenfold udałyśmy się zieloną linią M4 do Keleti palyaudvar, gdyż w pobliżu tego przystanku znajdował się nasz nocleg. Niestety nie udało nam się, tak jak w Wiedniu, wejść od razu do pokoju. Wręcz przeciwnie, okazało się, że recepcja jest czynna dopiero 9:00. No cóż… z tego miejsca miałyśmy blisko do Placu Bohaterów, a walizka na szczęście była na kółkach. Chwilę później mijałyśmy słup, na którym pokazało się już 18 stopni. Droga na Plac Bohaterów była naprawdę prosta, zatem doszłyśmy bez problemu. Na środku placu znajduje się Pomnik Tysiąclecia z kolumną i figurą archanioła Gabriela, sięgającą 34 metrów. Znajduje się tu także 85 metrowa kolumnada, na której znajdują się postacie ważne dla państwa Węgierskiego. Po lewej stronie ujrzycie Muzeum Sztuk Pięknych, a po prawej Pałac Ekspozycji. Po przejściu przez most dojdziecie do parku miejskiego, w którym znajduje się Zamek Vajdahunyad, termy Szenchyi oraz Zoo. Szczególnie pierwsza atrakcja przyprawia o zawrót głowy, szczególnie swoim krajobrazem.

Recepcja już otwarta?

Po dłuższym spacerze wróciłyśmy do pensjonatu. Wybrałam Fanni Budapest Guesthouse, ponieważ zainteresował mnie dużymi i wyposażonymi pokojami z kuchnią i łazienką, za 30 euro (cena za 3 osoby). Obsługa była przemiła, Pani wszystko wytłumaczyła, dała kod do domofonu, żebyśmy wieczorem mogły dostać się do obiektu oraz ulotki i mapy. Pomyślałam „super się zaczyna”. Nie mogłyśmy jeszcze wejść do pokoju, gdyż zameldowanie było dopiero od 14:00, natomiast mogłyśmy wejść do specjalnego pomieszczenia aby się odświeżyć, przepakować, zjeść, zostawić bagaże i ruszyć w drogę.

Aparat, mapa – ruszamy !

Postanowiłyśmy kupić bilet dobowy, gdyż dzięki temu więcej zobaczymy. Pierwszym przystankiem było Wzgórze Gellerta. Dojechałyśmy tam ponownie zieloną linią M4 i wysiadłyśmy na przystanku „Szent Gellert ter”. Wchodząc na górę, praktycznie w każdej chwili można było podziwiać widoki i wszechogarniającą zieleń. Nie mogłam się doczekać wdrapania na szczyt, gdyż pamiętałam, że widoki są niesamowite ! Cudownie było znów je podziwiać <3 Tym razem jednak było znacznie więcej Polaków niż w zeszłym roku :D

Następnym punktem na mapie był Zamek Królewski. Zeszłyśmy ze wzgórza i kierowałyśmy się na lewo, idąc wzdłuż Dunaju. Uniknęłyśmy dzięki temu długiego wchodzenia pod górę. Schodząc w dół mijałyśmy pomnik żołnierzy, a następnie znalazłyśmy piękne wejście na zamek oraz schody ruchome, które dowiozły nas prawie na samą górę. Stamtąd, na tarasach, podziwiałyśmy kolejne widoki, niesamowite, cudowne.. Coraz bardziej było widać upragniony Parlament ! Przechodząc przez Zamek na drugą stronę, o każdej pełnej godzinie można podziwiać uroczystą zmianę warty. Stamtąd widać także kościół św. Macieja, który chciałyśmy zobaczyć jako następny.

Uliczki którymi szłyśmy, bardzo mocno przypominały Pragę – aż zatęskniłam ! Wejście do kościoła jest płatne 1500 HUF – zniżka jest na bilet studencki oraz rodzinny. Za tą przepiękną budowlą znajduje się Baszta Rybacka, na którą wejście na samą górę kosztuje 800 HUF. I tu kolejny raz miałyśmy szczęście – wejście było darmowe, a ludzi mnóstwo :D

Słońce grzało, a my coraz bardziej zmęczone, pragnęłyśmy dostać się do hotelu, żeby chociaż na chwile wyciągnąć nogi. Jednak z drugiej strony, chodziła nam po głowie myśl, że miało padać, dlatego wolałyśmy zobaczyć jak najwięcej. Cofnęłyśmy się na wysokość Zamku, aby przejść na drugą stronę Mostem Łańcuchowym, a następnie kierowałyśmy się w stronę Parlamentu. Idąc bulwarem znajdziecie sporo statków, którymi możecie się wybrać na nocne podziwianie panoramy miasta. Kawałek dalej znajdziecie budapesztański pomnik holokaustu „Buty na brzegu Dunaju”. Najsmutniejsze były te najmniejsze buciki… :( Doszłyśmy do Parlamentu, obeszłyśmy go w koło i potwornie zmęczone chciałyśmy wsiąść w metro, tuż przy budynku. Niestety, okazało się że jest w remoncie i musiałyśmy przejść kilometr dalej :D PRZYPADKOWO minęłyśmy sklep, w którym na drogę kupiłyśmy węgierskie lody i batony :D Mijając Plac Wolności doszłyśmy do przystanku Arany Janus Utca i pojechałyśmy do pensjonatu.

A to niespodzianka…

Przemiła Pani dała nam klucze do.. apartamentu. No cóż, zdecydowanie nie polecam.. Nigdy nie przejmowałam się opiniami na booking.com. Uważałam, że Polak z reguły narzeka, a mi do szczęścia nie potrzeba dużo ale bez przesady.. Zacznijmy od tego, że w pokoju było naprawdę zimno. Łóżka nie miały prześcieradła tylko jakiś gryzący materiał, kołdry były krótkie i wilgotne, ręczniki brudne.. Do kontaktu aż strach było podłączać ładowarkę, przez ogromną ilość kurzu i włosów w otworach.. Jeśli chodzi o łazienkę, to pod prysznicem był albo wrzątek albo zimna woda.. nie sposób było ustawić sobie ciepłej. Na domiar złego, nie działało WiFi. Na szczęście była to tylko jedna noc – nawet nie wrzucam Wam zdjęcia..

Buda – Peszt

Po krótkim odpoczynku postanowiłyśmy zwiedzić Peszt. Dojechałyśmy do placu na którym odbywała się jakaś impreza i koncert, a tuż obok było młyńskie koło, które widziałyśmy już wcześniej ze Wzgórza Gellera. Następnie przeszłyśmy do Bazyliki św. Stefana, do której wejście w tym roku już było płatne.. Sama budowla robi wrażenie, obejdźcie ją z każdej strony. Znajduje się ona na jednym z bardziej znanych placów, miejscu spotkań, punkcie gastronomicznym. Z każdej uliczki widać przepiękny widok na Budę. Przeszłyśmy się także ulicą, wzdłuż której rozciągały się najdroższe sklepy, aż doszłyśmy do Opery – przepiękny budynek. Zaczęło się ściemniać, czekałyśmy aż nastanie noc, by móc zobaczyć podświetlone miasto. Najważniejsze było zobaczenie Parlamentu. W tym celu pojechałyśmy na drugą stronę miasta na przystanek Batthyany ter, który znajduje się dokładnie na przeciwko. Widok uświetnił pokaz fajerwerków widoczny po drugiej stronie. Stamtąd pojechałyśmy metrem do Vorosmarty ter, gdzie znalazłyśmy pomnik Małego Księcia oraz podziwiałyśmy drugą część miasta. W każdej restauracji były tłumy, śpiewały zespoły, a my byłyśmy zapatrzone w panoramę. Spacerowałyśmy do ostatnich sił.

Następnego dnia..

Wstałyśmy dość wcześnie, a za oknem padał deszcz.. Pogoda się sprawdziła? Tak myślałyśmy, dopóki nie opuściłyśmy pensjonatu. Na nasze (NASTĘPNE) szczęście, z każdym krokiem deszcz ustępował. Znalazłyśmy sporo sklepów „DISZKONT” w którym znajdziecie WSZYSTKO – począwszy od jedzenia i picia, poprzez alkohole, pamiątki do środków czystości i kosmetyków. Naszym celem była jednak hala targowa znajdująca się przy „Fovam ter”, Ogromna, niesamowita… gdybym tylko miała masę pieniędzy.. Na dole znajdowały się artykuły spożywcze, głównie papryka w każdej postaci – przepięknie pakowane przyprawy, oliwy z papryką, suszone papryki. Starałam się zrobić zdjęcie wraz z cenami, żebyście mieli przykładowe. Na piętrze natomiast był raj ! Pocztówki, breloczki, koszulki piłkarskie, lawendy, mydełka, bluzy i koszulki z napisem BUDAPEST, obrusy, fartuchy, serwety, portmonetki, torby, no po prostu więcej niż można sobie wyobrazić. Markowi kupiłam rewelacyjny breloczek z motorem i flagą Węgier, sobie portmonetkę, którą będę mogła zabierać na zagraniczne wyjazdy. Olga kupiła sobie koszulkę oraz pocztówki, a mama ściereczkę, przyprawy, suszoną paprykę oraz „ichniową” kiełbaskę. Spędziłyśmy tam masę czasu, a i tak nie zobaczyłyśmy wszystkiego :D Skoro przestało padać, postanowiłyśmy jechać do centrum.

Znowu miały szczęście.. :O

Stwierdziłyśmy, że jeszcze przez kilka minut działa nasz bilet na metro, a przy żadnym przejeździe nie było kontroli więc… JEDZIEMY. Wysiadłyśmy z metra 5 minut po czasie i dumnym krokiem idąc w stronę wyjścia ZATRZYMAŁA NAS KONTROLA… Pan pokazał nam że ewidentnie przekroczyłyśmy czas.. Zaczęłam wymyślać, że robiłyśmy zdjęcia, jadłyśmy pizzę (na przystankach są knajpki” i że myślałyśmy, że podana godzina to moment w którym trzeba opuścić metro, a nie stację.. Facet mówił część zdania po angielsku, część w innym języku ale wspomniał o każe.. Ubłagałyśmy go, udawałyśmy też trochę, że nie rozumiemy co mówi, do tego stopnia, że kazał nam szybko opuścić stację.. Zestresowane ogarnęłyśmy się dopiero po kilku minutach – kara to ok 120 zł od osoby ! Ponownie poszłyśmy pod Parlament, siedziałyśmy sobie od drugiej strony podziwiając także budynek Muzeum Etnograficznego, a następnie na plac przy Deak Ferenc ter. To własnie tam poukrywały się wszystkie sklepy z ciuchami i pamiątkami. Są także knajpki oraz Mc Donald, do którego poszłyśmy na kawę i Internet. Stamtąd wypatrzyłyśmy outlet Victoria Secret oraz sklep, w którym dokupiłyśmy sobie z Olgą skarpetki <3 Do autobusu została godzina, a nam nadal nie chciało się podnosić i wracać. Gdy zeszłyśmy do metra, okazało się że pomyliłam linie ! Wzięłam walizkę pod rękę i biegłyśmy na następny przystanek ! W środku nie było automatu – zostawiłam dziewczyny i pobiegłam na 3 stacje go szukać! Gdy się udało odnaleźć, zawiesił się monitor, pobiegłyśmy do następnego, a następny przyjmował tylko kartę płatniczą. Mama włożyła, wciągnął ją i nie chciał oddać … ale udało się! Czas mijał.. Ze stresu pomyliłam stacje i pojechałyśmy dwie stacje w przeciwnym kierunku, a czekała nas jeszcze przesiadka. Biegiem wysiadłyśmy i wskoczyłyśmy do zamykającego drzwi metra. Przesiadka. Biegiem po ruchomych schodach i licznych korytarzach na następną linię. Udało się ! Zostało kilka minut i 6 przystanków. Biegłyśmy aż zobaczyłyśmy masę ludzi ale żadnego autobusu – jesteśmy uratowane. A co ciekawe, do autobusu weszłyśmy z Olgą jako pierwsze i… zajęłyśmy nasze ukochane miejsca ! A co bardziej ciekawe? Dosłownie podczas naszego wsiadania zaczęło padać i grzmieć, i tak do samego Torunia <3 <3 <3

One comment on “Budapeszt – miałyśmy sporo szczęścia

Odpowiedz na „~DariaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Facebook 0 0 Flares ×